Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rum. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 stycznia 2025

27. BUNDABERG

 


BUNDABERG RUM 




Naszą płynną przygodę roku 2025 zacznę od arystokraty wśród rumów, bo takim jest australijski rum Bundaberg. Dlaczego tak egzotycznie? Ano dlatego, że to jeden z moich ulubionych trunków! Pierwszą butelczynę przywiozłem z pierwszej wyprawy na antypody przed wielu laty. I jak tylko mam okazję (czyli gdy spotykam Australijczyków, lub gdy Australię odwiedzam) do smakołyku tego wracam. Moje podniebienie jest zwykle wystarczająco usatysfakcjonowane rumem Bundaberg w wersji podstawowej. Szybka, 36-godzinna fermentacja, destylacja dwukrotna, trzykrotna filtracja, dwa lata beczki. Kolor jasnego bursztynu, albo apetycznie opalonej dziewczyny. I już! Ale dzisiaj mam coś lepszego. Na specjalne okazje! Przed Państwem rum rumów, Bundaberg, który przez osiem lat nabierał powagi w stuletnich beczkach, w których wcześniej przez pokolenia dojrzewało Porto. Łomatkobosko...

Australijczycy słabość do alkoholu mają tak wyraźnie  zakodowaną w genach, a Bundaberg jest na antypodach najpopularniejszym czterdziestoprocentowym dobrodziejstwem. Jak do tego doszło? Historia tego smakołyku ma już 136 lat. Poważna sprawa…

 Queensland – stan północno-wschodniej Australii – znany jest z Wielkiej Rafy Koralowej, Krokodyla Dundee, częstych powodzi, węgla kamiennego i trzciny cukrowej. Skupmy się na tej ostatniej. Już w XIX wieku okolice miasteczka Bundaberg stały uprawami owej trzciny. Produkcja brązowego cukru zapewniała plantatorom przyzwoite dochody, ale zarabiać każdy chce więcej. Górnicy, rybacy oraz łowcy krokodyli to ludzie twardzi. A każdy twardziel po robocie lubi się napić. Cukrownicy zwietrzyli szansę. Zaczęli z melasy (niezbyt smaczny produkt uboczny pozostający po ekstrakcji cukru) destylować nieskomplikowane wódeczności. Tanie to było i otumaniało jak się patrzy. Jednak w 1888 (te ósemki były chyba magiczne) najbogatsi plantatorzy założyli spółkę, gdyż słusznie doszli do wniosku, że życie jest za krótkie, żeby pić marny bimber. Rok później Australia poznała rum wiodący swą nazwę od mieściny Bundaberg. I może nic by z tego wielkiego nie było, gdyby nie pożary i wielka polityka. Pierwszy gwałtowny rozwój produkcji rumu firmy Bundaberg Ltd datuje się na lata wojny burskiej. Armia korony popijała aż miło. Być może Winston Churchill, który po pijanemu dostał się do burskiej niewoli, zanietrzeźwił się właśnie australijskim rumem! Tymczasem w 1907 gorzelnia spłonęła. Ale gdy w 1914 zaczęła się światowa wojna, natychmiast zakład odbudowano, bo przecież armia potrzebuje nie tylko armat. Rum Bundaberg niewątpliwie przyczynił się do zwycięstwa Korony, a i po wojnie sprzedawał się świetnie. W 1936 roku znów był wielki pożar i przy okazji katastrofy hektolitry rumu spłynęły pobliską rzeką do morza. Był to może pierwszy w historii przypadek alkoholowej katastrofy ekologicznej. Jednak trzy lata później znów wybuchła wojna. Podniesiony z popiołów Bundaberg znów pomagał frontowcom, a warto pamiętać, że wojna na Pacyfiku angażowała miliony Amerykanów, Brytyjczyków, Australijczyków. Rum był niezbędny! W pewnym momencie było go nawet za dużo i na prośbę generalicji destylarnia z Bundaberg zaczęła butelkować i puszkować nie tylko rum, ale także… napoje alkoholowe na bazie rumu z dolewką herbaty, soków owocowych, coca-coli. Tak, tak, wtedy ta straszna moda się zaczęła! Po pokonaniu Japonii żołnierze wrócili do domów, ale wiadomo… bitewne opowieści snuje się łatwiej przy szklaneczce rumu. W nowszych czasach pożarów w Bundaberg nie odnotowano, ale wojny w Korei i w Wietnamie znów dawały zarobić nie tylko w australijskich pubach. W dodatku rynek robił się coraz bardziej wymagający, więc i rum był coraz lepszy. Podstawowy do dzisiaj produkt – czyli trzcinowy rum starzony minimum 2 lata w beczkach z australijskiego dębu – rządził na wódczanym rynku, ale eksperymentowano z destylatem pracowicie. Uszlachetniano dodatkami aromatycznymi. Próbowano dojrzewania w beczkach po winach hiszpańskich, po irlandzkich łyskaczach, po amerykańskich burbonach. Rum z Bundaberg przestał być trunkiem prostym, coraz bardziej przypominał najambitniejsze koniaki.

Pracowano też intensywnie nad marketingiem. W 1961 roku na etykiecie rumu pojawił się… polarny niedźwiedź. Bzdura absolutna! Biały miś reklamujący na południowej półkuli rumową wódeczność? Ale chwyciło… Do dzisiaj arktyczny zwierz jest symbolem najpopularniejszego australijskiego trunku. Podobno symbolizuje ochłodę jaką drinki rumowe mają nieść, a także ociepla wizerunek gorzelni wśród mniej pijących żon i niepijących dzieci. Prawdopodobnie zauroczył też wielbicieli towarów luksusowych, gdyż od 24 lat Bundaberg jest własnością brytyjskiego giganta alkoholowego, firmy Diageo, która w swoim portfolio posiada też nieskończony wybór szkockich whisky z JohnnieWalkerem na czele,  całkiem sporo ginów z Gordon’sem na czubie sprzedaży, zacne wódki z Smirnoffem, zacne szampany z m.in. Dom Perignonem i piwa ze sławnym Guinnessem. Duży gracz!  Ciekawostką, która mnie dodatkowo podnieca, jest muzeum rumu w Bundaberg, do którego dziatwę szkolną wpuszcza się za darmo. Tak Australijczycy wychowują sobie przyszłych klientów! Mają rozmach sku…

 

 

WRAŻENIA: barwa ciemnobrązowa, opalizująca czerwienią; klarowność krystaliczna; ślad na kieliszku smugowy; aromat mocny, zrównoważony; smak wybitnie koniakowy, może odrobinę tytoniowy, z lekko słodką i waniliowo-korzenną końcówką; moc tradycyjna 40%.

 

SERWOWANIE: trunek to wybitnie „towarzyski” pijany tylko w towarzystwie dobrym lub najlepszym; swoją wartość najlepiej prezentuje w kieliszku koniakowym, w temperaturze pokojowej; popijać zachęcam małymi łyczkami, bez pośpiechu z przełykaniem (co ciekawe, Australijczycy pochłaniają Bundaberg w najprostszej formie shotów w 25, 40, 50-mililitrowych kieliszkach; jak każdy rum świetnie się łączy z wieloma składnikami longdrinków, ale wtedy sporo stracimy z jego potencjału; Bundaberg w kolekcjonerskiej wersji vintage barrel jest idealnym finiszem dobrego posiłku lub zwieńczeniem korzystnego kontraktu, lubi dym, męskie towarzystwo i święty spokój.

 

PRZEMYSŁAW

OBERŻYŚWIAT

OSUCHOWSKI

 

 

 

© GOZDAWA PROJEKT, Przemysław Osuchowski, Kraków 2025

 

tagi: RUM, BUNDABERG, AUSTRALIA

czwartek, 23 marca 2017

20. CACHAÇA



CACHAÇA - WÓDKI CZYSTE




     Niech nie zmyli Was ten piękny rak na butelce. Wpatruję się zawsze w owo stworzenie przez cały czas spożywania i ciągle nie mam pewności czy raczek to słodkowodny, czy może bardziej krewetka. Ale bez obaw Spragnieni Państwo! Nie jest to trunek z raków lub krewetek! Mało tego, nie jest to też alkohol, który do skorupiaków smakowo pasuje! Nic bardziej mylnego! Ot producent oryginalny chciał być i pięknym raczkiem (jednak słodkowodne stworzenie) się przedstawia od 1938 roku. Oto pitú! Czy będziemy po jej spożyciu chodzić lub pływać tyłem? Tego obiecać nie mogę, ale doznania będą zdecydowanie oryginalne i egzotyczne.
      Zacznijmy od podstaw, a więc od nazewnictwa. Brzmi sympatycznie, zagranicznie: cachaca (czyt. kaszasa), a właściwie precyzyjnie po portugalsku: cachaça, koniecznie z takim zabawnie odwróconym „ć”. A znaczy ni mniej ni więcej tylko... gorzała. Nie może więc być trunkiem przesadnie szlachetnym. Powstaje od wieków w Brazylii i w jej pobliżu jako towar uboczny przy produkcji cukru trzcinowego. Fermentacji poddaje się sok trzcinowy, czasem z melasowymi resztkami, jakie w cukrowni zostały. Krótka jest nie tylko fermentacja, ale i destylacja (do słabej mocy ok.40 proc. więc często nawet nie trzeba cachacy rozcieńczać przed butelkowaniem) oraz leżakowanie. Cachacę sprzedaje się w stanie pierwotnym, bez stabilizowania, filtrowania, starzenia, aromatyzowania (gdyby obchodzono się z nią bardziej wymyślnie powstałby rum). Służy prymitywnemu otępianiu ludzi niezbyt skomplikowanych. W dodatku pachnie smrodliwie i jest mocno fuzlowa, bimbrowata w smaku. Właściwie świństwo!
     Oczywiście prostej cachacy w Europie nie traficie. Taką można kupić tylko w Brazylii, Kolumbii, Ekwadorze. A i to prędzej na targowisku niż w przyzwoitym sklepie. Bo trzeba wiele samozaparcia, by spożywać taką gorzałę. Plusem jednak jest... cena. Butelczyna tej wódeczki kosztuje niewiele więcej od licencjonowanego piwa. Za dwa dolary można nabyć około litra. Oczywiście pochodzenie trunku jest dalekie od gwarantowanego. Przyzwoite firmy gorzelnicze – a taką jest właśnie Pitú - stabilizują destylat w drewnianych kadziach. Gdy proces trwa dłużej niż 3 miesiące, wódeczka nabiera nawet lekko słomkowego koloru. Zmienia się też struktura smaku, gdyż kadzie są robione z klepki drewna w Europie nieobecnego. Nawet nie wiem jak takie drzewo wygląda, ale nazywa się pięknie: fermanbuk. Z naszym bukiem nie ma nic wspólnego. Czasami używa się też drewna migdałowca, albo łączy różne gatunki drewna. Nie znam jednak cachacy, która dojrzewałaby dłużej niż rok. Zresztą po takim procesie „uzdatniania do spożycia” powinniśmy ją już nazywać rumem. Gdy będziecie w Ameryce Południowej i odwiedzicie jakiś podły bar, nie wzbraniajcie się przed kieliszkiem cachacy solo. I przypadkiem po połknięciu „działki” nie otrzepujcie się ze wstrętem! Czasem warto być twardym, przyjaciół płci obojga będziecie mieć natychmiast więcej niż w domu...
     No ale... chwileczkę, czemu akurat coś tak nikczemnego polecam na wiosenne, coraz cieplejsze dni? Otóż podobnie jak w przypadku wielu niemiłych podniebieniu trunków, na bazie cachacy można zrobić fantastycznego drinka, modnego już nie tylko na krakowskim Kazimierzu, ale nawet na prowincji, a zwącego się: caipirinha. Do dzbana wrzucamy kilka pokrojonych w kawałki limonek (mogą być ostatecznie cytryny) i wsypujemy cukier trzcinowy (może być ostatecznie nasz, buraczany). Tyle łyżek stołowych ile owoców. Tłuczkiem do ziemniaków (albo – jak kto ma – specjalnym drewnianym kołkiem z drewna migdałowego) miażdżymy całość brutalnie. Dodajemy sporo pokruszonego lodu (kasza lodowa lepsza od kostek) i dolewamy tyle kieliszków cachacy, ile serce dyktuje. Wystarczy jedna ...siątka na jedną limonę. Wymieszać i już!
        I oto prymitywna „gorzała” zamienia się w intrygujący zapachem (limony) i smakiem (lody lub sorbet cytrynowy?) jakże egzotyczny napój orzeźwiający. Oczywiście, gdy z procentami nie przesadzimy. Gdy jeszcze wlejemy całość do koktajlowego kieliszka i udekorujemy strużkami skórki limonowej (cytrynowej), poczujemy się jak na egzotycznej wyspie! Lub na karnawałowych szaleństwach w Rio! Nawet gdy za oknem chmury i dżdżyste dni, a w telewizji tylko wojny polsko-polskie! Zróbmy sobie tropikalną, leżakową sjestę w domu. Kosztuje mniej niż urlop w Brazylii. Mniej niż weekend na działce. Mniej niż wizyta w drink-barze.

WRAŻENIA: barwa neutralna, czasami lekko słomkowa; klarowność idealna; ślad na kieliszku gładki; aromat mało wyszukany, etylowy, trochę fuzlowy; smak mocny, z delikatnie słodką końcówką; moc 40%.

SERWOWANIE: w postaci czystej (nie polecam) trzeba mrozić, ale ducha oddaje dopiero w long drinkach, przepis powyżej, ale można też dodawać do caipirinhi listki mięty, melisy lub trochę miodu.

PRZEMYSŁAW
OSUCHOWSKI
OBERŻYŚWIAT


© GOZDAWA PROJEKT, Przemysław Osuchowski, Kraków 2017

wtorek, 24 czerwca 2014

10. STROH

STROH, RUM


Często krążę wokół barku w poszukiwaniu trunku uniwersalnego, co by pasował do wszystkiego i nie zajmował zbyt wiele miejsca w… podręcznym bagażu lub wręcz w kieszeni. Szczególną atencję mam też do wódek, które dobrze się mieszają z płynami gorącymi. A konkretna wlewka do herbaty lub kawy czyni napój życiodajnym.
Od czasu podboju Kolumba i jego następców Europa jest pod wrażeniem rumu. Wódeczka ta przygotowywana z trzciny cukrowej już w XVI wieku stała się nie tylko przedmiotem pożądania, ale i powszechnym środkiem płatniczym po obu stronach Atlantyku. Szczególnie w handlu niewolnikami! Rumy różnej jakości pływały po morzach i oceanach ratując marynarzy przed szkorbutem i tęsknotą za domem. Dziś już mało kto pamięta, że w kolonialnym wyścigu przed Brytyjczykami prym wiedli Habsburgowie, a imperium jakim rządzili w Ameryce Południowej i Środkowej pozwoliło im zgromadzić zasoby, którymi posługiwali się aż po I wojnę światową. Jednak dla Oberżyświata najistotniejszym czynnikiem ich kolonialnego dorobku jest… rum syntetyczny.
Szybko mianowicie księgowi cesarza doszli do wniosku, iż transport trunku też kosztuje, a w dodatku w podróży przez ocean towaru ubywa, jest bowiem przez marynarzy podpijany. Zaczęli więc kupcy spod znaku Habsburgów handlować ekstraktem rumowym, a wiec koncentratem aromatyczno-smakowym. Odparowany rum zamieniał się w gęsty olejek o brunatnej barwie i bardzo intensywnym zapachu i smaku. Oprócz pochodnych trzciny cukrowej i melasy (odpadek przy produkcji cukru trzcinowego) w koncentracie owym były (i są!) też przyprawy wzbogacające wartości organoleptyczne, np. wanilia. Taki koncentrat szybko stał się ulubionym dodatkiem kulinarnym w całej Europie – do dziś olejki takie dodajemy przede wszystkim do ciast, ponczów, sufletów itp.
Podstawowym jednak przeznaczeniem koncentratu rumowego było tworzenie rumu syntetycznego. Olejek dodaje się po prostu do uczciwego destylatu zbożowego lub ziemniaczanego i… mamy całkiem zgrabny rum!
Wśród rumów syntetycznych palma pierwszeństwa należy się trunkowi złożonemu przez Sebastiana Stroha. Uwiecznił swe nazwisko po wsze czasy i ratuje do dziś „zmarzniętych”. Jego destylarnia w St. Paul in Lavanttal w Karyntii powstała w 1832 i do naszych dni już jako klagenfurcka firma cieszy nasze podniebienia. Cieszy nie tylko smakiem bogatym i aromatem zaczarowanym – Stroh jest przede wszystkim jednym z najmocniejszych alkoholi świata! W wersji dla prawdziwych mężczyzn ma 80 procent! Dla wielu moc to zabójcza wiec firma sprzedaje też „braci mniejszych” o mocy 60, 54, 40 i 38 procent. Czy Sebastian Stroh miał pociąg do piekła, czy też kierowała nim oszczędność (maksimum mocy przy minimalnej objętości), nie wiem. Ale jestem wierny szatańskim 80 procentom oryginału. Wszyscy, którzy lubią do herbaty dolać naparstek destylatu, wiedzą o co chodzi. Pamiętajcie przy okazji, że herbatę czy kawę trzeba osłodzić przed dolaniem rumu, w płynie już alkoholizowanym cukier nie chce się rozpuszczać. A samym Strohem można nawet ognisko rozpalić, choć takiego marnotrawstwa nie polecam. Nigdy jednak nie jest mi Stroha szkoda, gdy robię chrust!
Zdarzyło mi się kiedyś w Republice Południowej Afryki, że chcieliśmy z moją ówczesną afrykańską żoną uszczęśliwić tambylców polskim chrustem w tłusty czwartek. Żona zajęła się mąką, jajami, cukrem, masłem i mlekiem, a ja udałem się na poszukiwanie spirytusu i smalcu. O ile smalec w niemieckich delikatesach znalazłem, o tyle po spirytusie ani śladu. Nawet w aptece! Czym się ratować? Zdecydowałem się na Stroha. I od tego czasu do takiego rozwiązania przekonuję kolejne żony. Po prostu jest to jedyny trunek o mocy 80 stopni dostępny w monopolowych sklepach na całym świecie! Austriacki myśliwy gdy udaje się na polowanie dźwiga tyle akcesoriów, że nie jest już w stanie obciążać się przyzwoitą flaszką czterdziestoprocentowego napoju. Austriacki narciarz gdy dźwiga wszystkie te deski, kijki i inne gogle nie ma miejsca na porządną butelkę. A odrobina Stroha w piersiówce może uratować nam życie i na polowaniu i na nartach. Może nam też uratować honor przy robieniu chrustu. Mało tego, Stroh swym intensywnym rumowym aromatem chrust nasz podniesie do rangi kulinarnego dzieła sztuki. Bo nie chodzi przecież tylko o to by nasączone spirytusem ciasto nie chłonęło tłustości w trakcie smażenia w smalcu. Chodzi o to by chrust miał też odpowiednią chrupkość i ożywiający aromat. Żaden olejek rumowy czy inne świństwo nie zastąpi spirytualiów szlachetnego pochodzenia. Pamiętajcie więc – Stroh ponad wszystko.
Zróbcie sobie chrust – w stolicy mówią: faworki – sami!
Nie ma na chrust uczciwszego przepisu niż z Ćwierciakiewiczowej. Oto składniki:
  •  2 x 40 dag mąki
  • 2 x 4 łyżki miałkiego cukru
  • 2 x 2 łyżki masła
  • 2 x 4 jaja (bez skorupek)
  • 2 x 8 żółtek
  • 2 x 1 łyżka mleka
  • 2 x 50 ml spirytusu, choć lepszy Stroh

Spytacie: dlaczego wszystko mnożone przez 2. Otóż nie znam przypadku by klasyczne, pojedyncze porcje usatysfakcjonowały przeciętną polską rodzinę. Szczególnie gdy nie jest ona pozbawiona przyjaciół i sąsiadów. Z pojedynczego zestawu składników wyjdą nam dwa duże półmiski chrustu, czyli dla gości wystarczy, ale dla nas już nie. Tym bardziej że chrustowe prace mają to do siebie, że człowiek chrust zżera już w drodze z kuchni do stołu. Radzę więc robić wszystko w podwójnej ilości.
Wszystkie składniki (z wyjątkiem rumu) mieszamy w dowolnej kolejności. To duża przyjemność – nie musieć się stresować przymusem technologicznym. Gdy już wszystko dobrze wyrobimy następuje moment przezabawny... ciasto jest zbyt luźne. I tak właśnie ma być! Nie wolno dodawać więcej mąki. Wyrobione ciasto może sobie ewentualnie poleżeć w lodówce, a my możemy się skupić na Strohu. Napełniamy kieliszek i wpadamy w zadumę. Dumamy o urokach najmocniejszego z trunków, dumamy o sławnej scenie spirytusowej w „Popiele i diamencie”, dumamy o biednych lotnikach, którzy marnują spirytus do odmrażania samolotowych okienek. Jeżeli zaduma będzie uczciwie intensywna, można łyknąć. Jeżeli przeżyjemy tę operację, wracamy do ciasta. To znaczy dolewamy do niego 2 kieliszki, zagniatamy i rozwałkowujemy. Najcieniej jak się da! Jak się już nie da, nie upadajcie na duchu. Wałkujcie dalej z uporem równym determinacji naszych posłów w sprawach nieuchylania poselskich immunitetów i podnoszenia poselskich diet. Po rozwałkowaniu na dwumilimetrową grubość kroimy ciasto w paski lub romby (zależnie od rodzinnych tradycji) nacinamy dziurkę w środku i wykonujemy operację najtrudniejszą czyli pętlę śmierci przy której ciasto lubi się rozerwać. Za dwunastym razem się udaje. Piękną przewleczoną przez się wstążkę ciasta wrzucamy na wrzący smalec lub fryturę. Za dwunastym razem udaje nam się nie poparzyć. Gdy chruścik złoty, wyławiamy usmażoną piękność, układamy na papierowym ręczniku, by zabrał nadmiar tłuszczu i posypujemy chrust cukrem pudrem. Jeżeli mamy w pobliżu dzieci, chrust znika w tempie smażenia, więc jest to zajęcie zdecydowanie syzyfowe. Ale mniej więcej po godzinie smażenia dzieci są nażarte, cała kuchnia w cukrze pudrze i wtedy właśnie odkrywamy praktyczną stronę przygotowanej podwójnej ilości ciasta. Dobry to moment by ukoić nerwy filiżanką czekolady na gorąco podlanej kapką Stroha!
Butelka tego sympatycznego diabła wystarcza na długo…
WRAŻENIA: barwa koniakowa; klarowność oczywista; ślad na kieliszku gładki, opalizujący; aromat mocny, etylowy, waniliowy; smak agresywny, wręcz paraliżujący, złożony, karmel, melasa, wanilia; moc 80%.
SERWOWANIE: hm… tu mamy kłopot, namawianie do spożywania trunków o takiej mocy, to nakłanianie do morderstwa, najodważniejsi i doświadczeni praktycy pijają Stroha z naparstków 25ml po wcześniejszym zmrożeniu; zdecydowanie bezpieczniej go aplikować jako dodatek do ponczów, grogów i wszelkich ciepłych, płynnych rozkoszy; dzieciom, by uczyły się dzielić z nami nasze hobby, polewamy Strohem na talerzu kabanosy i podpalamy… alkohol znika błękitnym płomieniem, a dzieci nie jedzą byle czego.

PRZEMYSŁAW 
OSUCHOWSKI 
OBERŻYŚWIAT

© GOZDAWA PROJEKT, Przemysław Osuchowski, Kraków 2014



wtorek, 18 czerwca 2013

5. APPLETON ESTATE


RUM, APPLETON ESTATE RUM JAMAICA



Dobry rum – a za taki uważam jamajski – to trunek godny koniakowego kieliszka. Tymczasem w kraju naszym przaśnym zwykło się traktować rum jako wartość przede wszystkim aromatyczną. Diabli wiedzą dlaczego… Może to długodystansowy efekt wpływów tureckich na polską kulturę i słabość naszą do aromatów wschodu? No bo czemu w polskich dziewiętnastowiecznych przepisach na poncze i grogi jest zawsze arak (likier anyżkowy), a nie na przykład rum? Szczególnie w Galicji, kraju tradycji Litościwie Nam Panującego Cesarza. Przecież w Austrii robiono i robi się nadal dobre rumy. Wprawdzie syntetyczne, a więc z połączenia spirytusów zbożowych z koncentratem rumowym z trzciny cukrowej, ale zawsze!
A może naszym gustom zaszkodziły paskudne, lepkie fiolki dostępne w handlu uspołecznionym przez cztery dekady niekoniecznie słusznego ustroju? Koncentrat zawarty w szklanym paluszku zatkanym niezbyt szczelnym drewienkiem (udającym korek) lub plastikiem służył bezczelnie oszukiwaniu naszych kubków smakowych. Zarówno w przyzwoitych cukierniach jak i na targu końskim w Proszowicach, gdzie rumowym (lub pomarańczowym) olejkiem uzdatniano różne alkoholowe wynalazki – bimbry, kradzione spirytusy przemysłowe, spuszczane pokątnie płyny chłodnicze itp. Tak, tak, niewątpliwie były to czasy smakowego obłędu…
Próbowano też nasz stosunek do rumu zmienić w ramach bratniej współpracy z Fidelem Castro. Z marnym skutkiem. Rum Havana pity kieliszkami lub dodawany do drinków pozostawiał po sobie co najmniej trzydniowe traumatyczne wspomnienia, zgagę i czkawkę. Może w ramach bratniej pomocy dodawano do niego zawartość polskich fiolek? Tylko szara strefa tamtych czasów – adwokaci, lekarze, badylarze i inni szczęśliwcy – za bony towarowe mogli nabyć w Peweksach prawdziwy rum rodem z Jamajki firmowany przez Kapitana Morgana. Piracka rekomendacja zaspokajała też moje dziecinne marzenia i pusta butelka po rumie zdobiła półkę z książkami Makuszyńskiego, Maya, Szklarskiego. Stłukła się dopiero gdy chciałem zostać cyrkowcem i żonglerki uczyłem się właśnie na cennych butelkach z dalekich światów.
Karczemny błąd! Nie traktujcie rumu jako iluzji smakowej. Toż to alkohol nie eteryczny lecz jak najbardziej przyziemny! I zmienił historię świata (opowiem przy innej rumowej okazji) żeglarzy, korsarzy, odkrywców, handlarzy niewolnikami i globalnej ekonomii. Tym bardziej więc skoro Pan Bóg i Bachus byli łaskawi, doceniajmy, że dziś znów możemy się cieszyć szlachetnymi rumami z Jamajki, Barbadosu, Kolumbii, Bahamów, a nawet z Australii i Austrii, a w ostateczności ze Słowacji. Ja - zapewne prawem sentymentu - najmilej wspominam starzone w beczkach trzyletnie rumy kolumbijskie lub nieco starsze z Jamajki. Oczywiście pite w postaci czystej, z kieliszka. Wódeczka to ambitna, łagodna, gładka, koloru mocnej herbaty. Czasami poprawia się jej smak niewielkim dodatkiem miodu. A gdy jeszcze napitkiem tym możemy się cieszyć przy fioletowo-purpurowym zachodzie słońca na karaibskiej plaży...
Palma pierwszeństwa rumowego należy się bez wątpienia Jamajce. Gorącej, dusznej, lekko zamroczonej (wcale nie alkoholem!) wyspie rastafariańskich hedonistów. Zanim wytłumaczę dlaczego, zaufajmy jednak alkoholowemu encyklopedyście, Wojciechowi Gogolińskiemu: rum to „wódka produkowana ze spirytusów otrzymywanych z zacierów sporządzonych z melasy, soku trzcinowego albo obu tych składników równocześnie (...) leżakowana w beczkach dębowych lub zbiornikach kamionkowych”. I oto właśnie chodzi! Rum robi się albo z odpadów przy produkcji cukru (melasa – brązowa lepka masa) lub bezpośrednio z soku wyciskanego z trzciny cukrowej. Dodaje się też czasem różne dodatki (sok z limonek, wanilię, miód). Świeży trunek jest dość paskudny więc rum się stabilizuje i starzy w kamionkach lub w dębie. Ten z naczynia ceramicznego pozostanie bezbarwny. Ale ten starzony w dębinie nabierze barwy ciemnego bursztynu. Przede wszystkim jednak przy okazji odpoczynku w dębowej beczce szlachetnieje nie tylko smak. Ambitne rumy podlegają ocenie podobnej jak koniaki. 3 lata to absolutne minimum. I bach do kieliszka! Zaś kilkunastoletnie traktujemy nawet kieliszkiem koniakowym.
Dlatego skupmy się na klasycznym Appleton Estate Jamaica Rum. Firma działa nieprzerwanie od roku 1749. Wytwarza rumy z własnych upraw trzciny cukrowej w jamajskiej Dolinie Nassau. A czyni to wyjątkowo ambitnie, najmłodsze rumy jakie oferuje w sprzedaży mają 12 lat! Oznacza to, iż w butelce mamy mieszaninę (blend) co najmniej 20 rumów z różnych roczników, ale najmłodszy z nich ma właśnie lat tuzin. Dla koneserów zestawia się też Appleton Estate starzony lat 21, 30, a dla kolekcjonerów nawet 50! Wielbicieli karaibskich rytmów i kształtów spieszę też poinformować, że od prawie dwudziestu lat Master of Blender w firmie jest… kobieta! Joy Spence jest prawdopodobnie pierwszą kobietą na tak odpowiedzialnym stanowisku w całej rumowej historii świata. Wzrusza mnie więc Appleton Estate Jamaica Rum do łez. Idealny zarówno po schłodzeniu jak i po podgrzaniu dłonią w szerokim kieliszku, świetny w longdrinku, doskonały jako dodatek do kulinarnych fantazji. Appleton rozczula mnie też informacją zamieszczoną na tyle butelki. Otóż (w wolnym tłumaczeniu) nie powinny go spożywać kobiety w ciąży, kierowcy i operatorzy maszyn, gdyż rum ten może być przyczyną wielu... problemów. Ja chciałbym więc państwu zaproponować „problem” na wskroś kulinarny, który uszczęśliwi nawet szoferów i ciężarne żony.
Otóż wysyłamy ciężarną do sklepu, aby poza kolejką nabyła solidną, litrową butelkę dobrego, ciemnego karaibskiego rumu. W kuchni pilnujemy by z butelki odlała do rondla 250 ml, dodała pół litra pomarańczowego soku, ćwierć kilograma miałkiego cukru, startą skórkę z jednej pomarańczy i jednej limonki, a całość zagotowała. Gdy mikstura będzie się studzić pilnujemy żony by starannie wymieszała w innym naczyniu rozczyn drożdżowy (kieliszek ciepłego mleka, 15 g drożdży, 50 g mąki) i odstawiła do wyrośnięcia. Gdy drożdże pracują, my pilnujemy butelki w której powinno pozostać 750 ml rumu, a żona niech miesza mikserem: 150 g mąki, 100 ml mleka, 3 żółtka, łyżeczkę cukru, szczyptę soli, opakowanie cukru waniliowego, skórkę otartą z jednej cytryny. Następnie żona niech łączy lejące się ciasto z rozczynem oraz z 100 g roztopionego masła, garścią rodzynek i odstawi ciasto do wyrośnięcia. Teraz tym bardziej pilnujmy butelki, w której jest już zapewne mniej niż 750 ml rumu, ponieważ żona przez kwadrans nie ma nic do roboty. Chyba że zajmie się posmarowaniem masłem wnętrz małych foremek na babeczki. Niech będzie ich 12. Po kwadransie troskliwie pilnowana żona niech nałoży ciasto do foremek (nie za dużo bo babka – jak żona – nam urośnie) i wsadzi do piekarnika na 20 minut (200 stopni). Nadal zgodnie z instrukcją pilnujemy butelki przed ciężarną żoną, kierowcami i mechanikami. Upieczone babeczki niech żona przestudzi, potem nakłuje widelcem (w tym możemy żonie pomóc, ale nie spuszczajmy oka z butelki) i nasączy je ponczem rumowym. Prawie gotowe babeczki należy jeszcze pokryć lukrem. Skoro babeczki rumowe były dobre dla króla Stanisława Leszczyńskiego, który upowszechnił je we Francji, nie mogą zaszkodzić naszej żonie. Nawet w trakcie trudnych 9 miesięcy. Przecież w roku 1749 Appleton Estate Jamaica Rum już destylowano, a król Stanisław już w Lotaryngii kombinował skutecznie z babeczkami.
A nam zostanie jeszcze całkiem sporo w strzeżonej pilnie butelce!
WRAŻENIA: barwa ciemna, koniakowa; klarowność idealna; ślad na kieliszku smugowy, opalizujący; aromat mocny i długi, spirytusowo-melasowy z waniliowym tłem; smak skoncentrowany, jednorodny, długi, cytrusowo-dębowy, ale też jakby apteczny; minimalna karmelowa słodycz; moc męska 43%.
SERWOWANIE: od ponad stu lat karaibskie rumy służą za podstawę Cuba Libre – w proporcjach 1:2 lub 1:3 łączy się rum z coca-colą i sokiem z połowy limonki, skórkę też wrzucamy do szklanki, Cuba Libre aż prosi o kilka kostek lodu lub lód tłuczony; jednak 12-letni ciemny rum aż prosi o koniakowy kieliszek, towarzystwo cygara też mu nie szkodzi, broń Boże nie chłodzić! Ta wersja jednak smakuje tylko gdy siedzimy w cieniu.


PRZEMYSŁAW
OBERŻYŚWIAT
OSUCHOWSKI

© GOZDAWA PROJEKT, Przemysław Osuchowski, Kraków 2013