poniedziałek, 24 listopada 2014

13. ABSOLUT

ABSOLUT, WÓDKI CZYSTE


Alkohole etylowe destyluje się od mniej więcej domniemanych narodzin Jezusa, choć obydwa fakty nie mają ze sobą wiele wspólnego. Dwa tysiące lat tradycji... Nie w kij dmuchał... I od początku arabskim alchemikom (bo im zawdzięczamy alembik czyli aparat destylacyjny), a potem europejskim bimbrownikom i gorzelnikom przyświecały dwa jakże różne cele. Jedni walczyli z maniakalnym uporem o stworzenie aromatów i smaków ciekawych, inspirujących, wzorowanych na naturze lub jej przeciwnym. Naśladowano przede wszystkim wszelkie ziołowe, owocowe i rzadziej warzywne tropy. Poprawiano wartości organoleptyczne kwiatami, korą, korzeniami itp. Przez stulecia stworzono tysiące kombinacji koloru, konsystencji, woni, smaku. Co rusz powstają też koncepcje nowe. A wszystko ku uciesze naszych podniebień.
Na drugim biegunie etylowych poszukiwań i eksperymentów byli wynalazcy trunków, które miały być neutralne barwą, a w nosie i na języku powinny zostawiać jedynie delikatny ślad spirytusowy. Chodziło wpierw o stworzenie idealnego „utrwalacza”, który medykom służyłby do „zaklinania” różnych leczniczych substancji. Szybko jednak dostrzeżono walory „towarzyskie” alkoholu. Wiec choć unikano charakterystycznego, rozpoznawalnego smaku, liczył się coraz bardziej radosny i beztroski efekt spożywania…
Co ciekawe, najlepsi w produkcji trunku neutralnego byli smakosze żyjący na stosunkowo niewielkim terytorium dzisiejszych: Szwecji, Finlandii, północnej Rosji oraz w pewnym stopniu Polski. No cóż, śniegi i mrozy widać tak nas znieczuliły, iż fantazja szła niejako pod prąd wyobraźni. Ale efekty starań przeszły chyba najśmielsze oczekiwania, a rosyjskie i skandynawskie wódki czyste słusznie uznawane są za najlepsze w świecie. Próbujemy uparcie być w tym towarzystwie, czasem z lepszym, czasem z gorszym skutkiem. Rosjanie nawet próbowali zastrzec prawa do słowa „wódka”, co oczywiście spotkało się z zdecydowanym odporem innych Słowian i Nordyków. Polacy krzyczeli (jak zawsze, gdy chodzi o inicjatywy antymoskiewskie) najgłośniej. I jak zwykle nieskutecznie, bo z kolei nasze starania o zastrzeżenie nazwy „wódka” w ustawodawstwie unijnym nie znalazły zrozumienia Europy. Finlandia z kolei swój najpopularniejszy napój wysokoprocentowy bez wstydu nazwała imieniem własnego państwa. I świat się nie zawalił! Natomiast Szwedzi skoncentrowali się na absolutyzacji i absolut… po prostu stworzyli.
W roku 1879 recepturę Absolutu opracował Lars Olsson Smith, startujący od zera (wyciągnął familię z bankructwa) przedsiębiorca. Wkrótce stał się „królem spirytusu” i - jak w czasach nam współczesnych Janusz Palikot – zajął się polityką. Spirytus Smitha tworzony był, jest i mam nadzieję będzie na bazie ozimej (koniecznie) pszenicy. Doprawiany jest wodą z głębokich odwiertów. Czy chodzi o oligoceńską, nie mam pojęcia, ważne by była miękka jak diabli. Moc handlową ustalono na 40 i 50 procent. Gdy w dodatku przed trzema dekadami uczczono stulecie firmy z małego miasteczka Åhus (mają tam też ładne plaże i sporo opalających się Szwedek, zwykle rozebranych do rosołu) opakowaniem z grubego, jakby aptecznego szkła (projektu Gunnara Bromana), osiągnięto absolut aromatu, smaku i designu.
Absolut jest krystalicznie bezbarwny. Na szkle zostawia ślad idealnie gładki, złożony z wielu cienkich smug. Zapach ma Absolut mizerny, można by rzec bezbarwny, z lekkim tłem etylowym. Smak również pozbawiony jest silnych akcentów, że tak powiem... mizerny, z delikatnie słodkawym zakończeniem, wynikającym prawdopodobnie z filtrowania przez węgiel drzewny. Rozlewa się po języku i trzewiach zaskakująco lekko, nie wywołuje delirycznych wstrząsów. Słowem, tak niewiele, a zarazem tak absolutnie dużo. Schłodzony (nie zmrożony!) smakuje najwierniej idei absolutu z drobnego kieliszka. Ale dzięki swej neutralności może być podstawą wszelkich barmańskich szaleństw.
Ja nie mieszam. I spożywam wyłącznie doustnie. Więc tym razem receptury kulinarnej nie będzie! Mimo, że jakaś zakąska by się przydała. Ostrzegam, że wszystkie szwedzkie są… słodkie. Więc nie ma o czym gadać!
Absolut stał się przy okazji na całym świecie znakiem nie mniej rozpoznawalnym jak IKEA. A żeby było śmiesznie, gdy już absolut Absolutu osiągnięto, zaczęto szukać smakowych urozmaiceń i tworzyć dziesiątki owocowych wersji. Jednak to nie naturalne destylaty owocowe, ale staranna chemiczna technologia daje nam m.in. złudzenie: cytryny (udanej), czarnej porzeczki (w Polsce duże wzięcie), mandarynki (całkiem sprytnej), brzoskwini (goryczkowatej), maliny (raczej zbyt perfumowanej), gruszki (w Polsce brak, a szkoda), wanilii (wybitnie celnej do mieszania w drinkach), pieprzu (pikantna tylko delikatnie) i paru innych. I to złudzenie, przyznaję, jest całkiem smaczne, a w Polsce bije rekordy popularności do tego stopnia, że nie odstrasza rodaków nawet wysoka cena szwedzkiego przysmaku. Ale egzotyczne smaki powstałe na bazie Absolutu „czystego” to już temat na absolutnie inną opowieść…
WRAŻENIA: idealna bezbarwność; klarowność też idealna; ślad na kieliszku smugowy; aromat delikatnie etylowy; smak jednorodny i gładki, wytrawność umiarkowana ze słodkim zakończeniem; standardowa moc 40%.
SERWOWANIE: zdecydowanie zimna, ale mrożenia unikałbym; podawać w wysokiej stopce wódczanej, ewentualnie opornym w szklance z szerokim dnem z jedną kostką lodu; lubi zimne i ciepłe przystawki, pasuje jak szampan do… wszystkiego, do longdrinków idealny


PRZEMYSŁAW
OSUCHOWSKI 
OBERŻYŚWIAT

© GOZDAWA PROJEKT, Przemysław Osuchowski, Kraków 2014





1 komentarz: